Jeśli marzysz o wakacjach bez tłumów, selfie-sticków i hałasu, a za to z przejrzystą wodą, dziką naturą i… brakiem zasięgu (dla niektórych to błogosławieństwo), to Himarë w Albanii jest miejscem dla Ciebie. Ta niewielka nadmorska miejscowość łączy w sobie klimat Greckich wysp z Albańską gościnnością i cenami, które nie przyprawiają o palpitacje.
Gjipe Beach – Czyli od Asfaltu do Raju

Dzień zacząłem od mocnej kawy i jeszcze mocniejszych planów. Celem była plaża Gjipe – ukryta zatoka pomiędzy stromymi klifami. Google mówił: „dojazd możliwy”, ale mój samochód wyczuł podstęp. Po kilku minutach walki z kamienistą drogą, postanowiłem zrezygnować z ambicji rajdowca i zostawiłem auto na betonowym parkingu.
Dalsze 30 minut to trekking przez oliwne gaje, z widokami, które sprawiają, że co chwilę przystajesz tylko po to, by powiedzieć „WOW”. I wreszcie ona – Gjipe Beach – turkusowa woda, drobne kamyczki, zero infrastruktury, ale za to 100% magii. Leżałem tam, czując się jak bohater filmu przygodowego, tylko z mniejszą ilością efektów specjalnych i większą ilością potu.
Rajskie Plaże Tylko dla Wtajemniczonych

Ale Himarë to nie tylko Gjipe. Kiedy już nacieszyłem się ciszą, ruszyłem dalej. Livadi Beach to opcja bardziej „cywilizowana” – łatwo dostępna, z barami, w których piwo kosztuje mniej niż woda w Mediolanie i smażone kalmary mają więcej charakteru niż niejeden influencer.

Później próbowałem dotrzeć na Filikuri Beach – plażę-widmo, dostępną tylko kajakiem albo przez skały. Wybrałem kajak, bo nie mam ubezpieczenia na wspinaczkę. Widok? Jak tapeta z komputera, tylko że pachnie solą i smażonymi sardynkami z pobliskiej łódki.

Jeszcze później – Llamani Beach, gdzie przywitała mnie szumiąca muzyka z beach baru, aromat świeżego grillowanego bakłażana i lokalne dzieci skaczące do wody z kamieni jak mali olimpijczycy. Tam naprawdę można się zatracić… w dobrym znaczeniu.
Kuchnia Himarë – Mniej Udawania, Więcej Smaku
Po całym dniu łażenia (i wiosłowania), zasłużyłem na ucztę. W jednej z tawern przy głównej ulicy usiadłem na drewnianym krześle z widokiem na zachodzące słońce i zamówiłem wszystko, czego nie znałem. Saganaki, musaka, raki – brzmi jak zestaw do testowania granic swojego żołądka, ale było wyśmienicie.
Właściciel, starszy pan w kapeluszu, powiedział, że „w Himarë nie liczy się czas – tylko słońce i ser”. Nie wiem, czy miał rację, ale ser rzeczywiście był niezły.
A Ty?
Byłeś już w Himarë? Masz swoje ulubione, ukryte plaże albo knajpki warte grzechu? Podziel się w komentarzu – może to właśnie tam wybiorę się następnym razem!




Zostaw odpowiedź